Od skandynawskiego do własnego
Mój pierwszy wnętrzarski post, który zbiera całą historię :) Przyznam, że wpadłam, wpadłam jak nic. Urządzanie mieszkania przy moim perfekcjonizmie przy ograniczonych funduszach to koszmar. Jak sobie coś wymarzę, to szukam aż znajdę. Także poszukiwanie własnego stylu przychodziło (i nadal przychodzi) pomału.
Stylem skandynawskim nazywam to. Wnętrze biało-szare. To uproszczenie na potrzeby postu. Może się okaże na koniec, że byłam typowym Januszem Polakiem, który myślał, że styl skandynawski to tylko biel i szarość ale odkrył jego pełnię, a post powinien się nazywać "od januszowego do skandynawskiego". Zobaczymy.
Styl biały/szary skandynawski ofc początkowo mi się podobał ale kiedy przyszło do urządzenia własnego kąta wydał mi się mdły, zimny i mało przytulny. W końcu nie mogłam patrzeć na te wnętrza, wszystkie takie same, bez wyrazu. Pomyślałam o moim domu, że musi mieć to coś. Nie być poprawny, spójny, modny, wymuskany. Musi mieć klimat.
>>>>
Zaczęło się od podłogi. Zmiana z szarych paneli na dębowe deski. Oczywiście musieliśmy znaleźć kompromis między praktycznością, ceną, a wyglądem. Wybraliśmy olejowaną deskę barlinecką. I położyliśmy w całym mieszkaniu bez progów/listew między pomieszczeniami. Może to nie jest odkrywcze, może to jest nawet teraz modne, ale wtedy czułam, że wyprzedzam epokę 😂
>>>>
Potem czas na łazienkę. Bardzo, bardzo podobał mi się wtedy beton. Jako studentka budownictwa kochałam beton, jego fakturę, zapach, kolor, wygląd. Chciałam mieć duże betonowe kafle na podłodze w przedpokoju i takie same w łazience. Do tego białe i drewniane dodatki (bo już do szarego i białego dodałam trochę drewna). Skończyło się na przeglądaniu Pinteresta i fall in love z tym zdjęciem:
.
Ja musiałam mieć te płytki. Przeszukałam wszystkie sklepy i cały internet. Nie znalazłam. Nie, znalazłam wreszcie - za ponad 400zł/m2. Nasz budżet tego nie przewidywał. Na szczęście mój mąż znalazł alternatywę, która wyszła nam na dobre. Za mniej i ładniej. Były to małe niebiesko-białe kafelki z powtarzającym się wzorkiem. Dobraliśmy białą cegiełkę. Oczywiście na początku chciałam tę modną, wypukłą, ale po przeglądnięciu kilku aranżacji szybko zmieniłam zdanie.

Wybraliśmy więc płaską, jak na moim fall'owym zdjęciu. Do tego drewniany pieniek, który dostałam od brata na prezent ślubny oraz drewniana szafka, której kolor dalece odbiega od ideału, ale wybieraliśmy ją bardzo na szybko i po kosztach.
>>>>
Kuchnia. Zostaliśmy przy białej. Inny kolor nie mieścił mi się w głowie. Co mnie skłoniło do czerwonej cegły (bo ona jest bohaterką tej metamorfozy)? Pomyłka. Od początku szukaliśmy białej cegiełki na ścianę, ale mówiliśmy tylko cegła, cegła. Mój tata wysłał mi linka. Patrzę czerwona cegła, ale była też opcja białej, więc myślałam, że o białą chodzi. Specjalnie się nie przyglądałam i mówię: zamawiamy. Przyszła. Czerwona. Ja w szoku. Mężu mówi, że też myślał, że chodzi mi o czerwoną. Pomyślałam chwilę i przyznałam, że będzie ciekawiej.
To był błąd i chwila słabości mojego perfekcjonizmu. Ofc czerwona jest o niebo lepsza, ale! Nie taka, którą zamówiliśmy. Jest za ciemna i za wąska i za mało "stara" i...
Fuga, która miała być jasna okazała się zgniło zielona. Zamiast zedrzeć tę cegłę i przyznać się do porażki... Popełniliśmy największy błąd, którego efekty kłują mnie w oczy każdego dnia. Pomalowaliśmy fugę farbą! Oczywiście cała cegła jest w farbie i wygląda to strasznie.
Zamiast zedrzeć tę cegłę i przyznać się do porażki... Zamontowaliśmy kuchnię. Nie ma odwrotu. Cegła będzie brzydka aż wygramy w totka i postanowimy zrobić remont.
>>>> 
Stylem skandynawskim nazywam to. Wnętrze biało-szare. To uproszczenie na potrzeby postu. Może się okaże na koniec, że byłam typowym Januszem Polakiem, który myślał, że styl skandynawski to tylko biel i szarość ale odkrył jego pełnię, a post powinien się nazywać "od januszowego do skandynawskiego". Zobaczymy.
Styl biały/szary skandynawski ofc początkowo mi się podobał ale kiedy przyszło do urządzenia własnego kąta wydał mi się mdły, zimny i mało przytulny. W końcu nie mogłam patrzeć na te wnętrza, wszystkie takie same, bez wyrazu. Pomyślałam o moim domu, że musi mieć to coś. Nie być poprawny, spójny, modny, wymuskany. Musi mieć klimat.
>>>> 
>>>> 
.Ja musiałam mieć te płytki. Przeszukałam wszystkie sklepy i cały internet. Nie znalazłam. Nie, znalazłam wreszcie - za ponad 400zł/m2. Nasz budżet tego nie przewidywał. Na szczęście mój mąż znalazł alternatywę, która wyszła nam na dobre. Za mniej i ładniej. Były to małe niebiesko-białe kafelki z powtarzającym się wzorkiem. Dobraliśmy białą cegiełkę. Oczywiście na początku chciałam tę modną, wypukłą, ale po przeglądnięciu kilku aranżacji szybko zmieniłam zdanie.

Wybraliśmy więc płaską, jak na moim fall'owym zdjęciu. Do tego drewniany pieniek, który dostałam od brata na prezent ślubny oraz drewniana szafka, której kolor dalece odbiega od ideału, ale wybieraliśmy ją bardzo na szybko i po kosztach.
>>>> 
To był błąd i chwila słabości mojego perfekcjonizmu. Ofc czerwona jest o niebo lepsza, ale! Nie taka, którą zamówiliśmy. Jest za ciemna i za wąska i za mało "stara" i...
Fuga, która miała być jasna okazała się zgniło zielona. Zamiast zedrzeć tę cegłę i przyznać się do porażki... Popełniliśmy największy błąd, którego efekty kłują mnie w oczy każdego dnia. Pomalowaliśmy fugę farbą! Oczywiście cała cegła jest w farbie i wygląda to strasznie.
Zamiast zedrzeć tę cegłę i przyznać się do porażki... Zamontowaliśmy kuchnię. Nie ma odwrotu. Cegła będzie brzydka aż wygramy w totka i postanowimy zrobić remont.
>>>> 
Wszystkie zdjęcia zostały znalezione w Google Grafika.

Komentarze
Prześlij komentarz